Okruchy wspomnień po latach - Jerzy Podgórny
Tegoroczny jubileusz jest dla mnie podwójną okazją do refleksji.
Mija właśnie 55 lat od mojej pierwszej udokumentowanej zimowej akcji ratunkowej. Samotny, kontuzjowany narciarz w rejonie Szyndzielni, z poważnym urazem głowy i krwotokiem, był zdany na przygodną pomoc, podczas zapadającego zmroku. Transportowałem na improwizowanym sprzęcie przez Dębowiec do Olszówki.
Była zima 1947r. stan szlaków turystycznych , wykorzystywany do turystyki narciarskiej miał wyraźne ślady niedawno minionej wojny.
Kiedy potrzeba zorganizowanego ratownictwa górskiego w tej części Beskidów Zachodnich , stawała się coraz bardziej nagląca, uczestniczyłem w tych inicjatywach jeszcze przed 1952 rokiem. /NOPR/.
Kurs ratownictwa górskiego w listopadzie 1952r. Urealnił moje zainteresowania. Intensywne uprawianie górskiej turystyki letniej i narciarskiej i tym samym dobra znajomość terenu , stanowiły przydatne kwalifikacje jako kursanta.
Po ukończonym kursie , była jednak zbyt mała grupa ratowników (poza przeszkolonymi kierownikami schronisk) w stosunku do potrzeb zabezpieczenia rozległych terenów górskich , będąca do dyspozycji pierwszych kierowników BOPR. Znaczącym uzupełnieniem byli Koledzy ratownicy oddelegowani z TOPR.
Przyjeżdżało się na przykład w przeddzień dyżuru. Spało się na tobboganie w pokoiku pierwszego Kierownika Pogotowia w DWPTTK Goplana w Szczyrku. Wczesnym rankiem, zabieraliśmy apteczkę (lniany worek z ręcznie malowanym organizacyjnym emblematem ) i często uzupełnienie stacji ratunkowej by udać się pieszo na miejsce ustalonego dyżuru.
Sprzęt i ekwipunek był naszą prywatna własnością. Narty bez krawędzi metalowych , w większości z jednolitego jesionu , rzadziej z hikory. Kijki leszczynowe , bambusowe lub tonkinowe. Wiązania typu Kandahar(nie znaliśmy wiązań bezpiecznikowych ) lub paskowe typu Bilgeri. O butach (niektórzy używali nawet gumowych ), plecakach, skafandrach oraz innych częściach ekwipunku i wyposażenia nie wspomnę.
Dyżury były przeważnie jednoosobowe, pełnione w jadalniach schronisk. Po udzielonej interwencji i transporcie (głównie na tobboganie bez dyszelków), często nieprzetartym szlakiem , wracaliśmy ze sprzętem transportowym , często na plecach na miejsce dyżuru. Czasami dwukrotnie w ciągu dnia. Po zakończonym dyżurze o zmroku lub późnym wieczorem ( przeważnie nie mieliśmy latarek) wracaliśmy do naszych domów – rodzin, by rano udać się do pracy , szkoły lub wyższych uczelni poza Bielskiem , w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
Dla wielu z nas plecak był jedynym dobytkiem (krążyło powiedzenie-mieszkam w plecaku), a kąt życzliwych ludzi - mieszkaniem podczas kilkunastodniowych pobytów w górach.
Początkowo nasza działalność dotyczyła oczywiście interwencji ratowniczych , głównie w sezonach zimowych. Natomiast po ustaniu warunków narciarskich , prace nad renowacją , adaptacją szlaków turystycznych i budową (wraz z wytyczeniem) szlaków narciarskich , były zasadniczym zajęciem. Ponadto wiele uwagi poświęcaliśmy studiom nad mikrotopografią i miejscowym nazewnictwem terenów górskich. Były to działania niezbędne dla prowadzenia szkoleń , akcji i wypraw, w okresie w którym brak i niedostępność do map operacyjnych były powszechne. Tworzyliśmy początki działalności profilaktycznej . Opracowywaliśmy narciarskie komunikaty śniegowe , komunikaty informacyjno-ostrzegawcze w radiowęźle Bielsko-Biała , na wyciągu krzesełkowym na Skrzyczne , prelekcje wśród wczasowiczów , górników, harcerzy, młodzieży szkolnej. Byliśmy ponadto inicjatorami przy współudziale KTN-ZGPTTK powołania Straży Narciarskiej.
Wśród narastających niedostatków technicznych (sprzęt transportowy, łączność itp.). lokalowych (dyżurki) i wyposażenia ratowników , było jednak bezgraniczne oddanie służbie ratowniczej Kolegów , którzy w tych pierwszych latach kładli podwaliny pod dzisiejszy kształt Grupy Beskidzkiej GOPR.
Trudno nie wspomnieć niezapomnianej atmosfery i życzliwości tworzonej przez ówczesnych kierowników schronisk. Atmosfera panująca wówczas w środowisku goprowskim sprzyjała powstawaniu kontaktów wręcz rodzinnych. Wspomnę chociaż spotkania z Wielkiej Raczy , Dolinach na stokach Skrzycznego lub wspólne wycieczki z rodzinami. Sprzyjały one integracji pomiędzy sekcjami operacyjnymi. Pomijam nazwiska wielu Kolegów z tamtych odległych lat , którzy tkwią w mojej pamięci. Niektórzy z nich pełnią już wieczny dyżur.
Wkomponowani niejako w krajobraz górski , obfitujący w kamieniste i wyboiste drogi były one w ciągu tych 50 lat , drogami dla nas czasami niełatwymi ... ale takie jest życie tworzące karty nie tylko naszej historii.
To jedynie garść wspomnień z początkowego okresu zrębów zorganizowanego ratownictwa górskiego na terenie naszej działalności.
Opracowanie wyczerpującej historii naszej Grupy winno doczekać się rychłego opracowania i zabezpieczenia materiałów archiwalnych na użytek potomnych.
Niechaj wierność dla idei , której przyrzekamy na progu naszej służby – symbolizującej błękitny krzyż nad gałązką kosodrzewiny , będzie miarą wartości każdego następnego pokolenia ratowników górskich.





